Dorastanie z hovkiem
W życiu prawie każdej rodziny nadchodzi pewien moment, który zmienia jej członków na zawsze. Przynosi wiele emocji i doświadczeń, tych pozytywnych, jak i negatywnych, jednak bez wątpienia sprawia, że życie danej rodziny staje się o wiele bogatsze niż przedtem. Ktoś mógłby w pierwszej chwili zrozumieć, że mam tu na myśli przyjście na świat dziecka, ale nie, nie, nie, mi oczywiście chodzi o wprowadzenie do rodziny psa.
Taka decyzja padła w naszej rodzinie, a jakże. Tata, miłośnik zwierząt od dziecka (był dumnym posiadaczem kurczaczka Kuby i cielaczki Basi), wiedział, że gdy tylko przeprowadzimy się do domu z ogrodem, pies musi się w nim pojawić (mama, jak pokazuje dalsza część tej historii, zgodziła się na taki układ, ale na ile była to entuzjastyczna zgoda pozostaje dla mnie nadal kwestią domysłów). Ja i mój brat byliśmy oczywiście zachwyceni i nie mogliśmy się doczekać kiedy będziemy mogli powitać nowego członka rodziny. Pierwotnie mieliśmy wziąć golden retrivera, bo czy to nie pies idealny dla rodziny, jeśli weźmiemy pod uwagę wszystkie filmy i reklamy? Cóż, okazało się, że goldeny miały jedną wadę, czyli kochały pływać, a tata poza chęcią posiadania psa, miał też ogromną chęć utrzymania swojego świeżo wykopanego oczka wodnego, co przy psie, który kocha pływać, mogło szybko skończyć się dramatycznie dla obu stron. Okazało się, że znajomi, którzy mieli hodowlę jakiejś dziwnej rasy, która trochę wygląda jak goldeny, akurat mieli szczeniaki, więc postanowiliśmy obejrzeć maluchy. Wszystkie były przeurocze, ale jedna dama zupełnie nas kupiła, kiedy to w czasie wizyty osa użądliła ją w poduszkę na łapce. Tak nas to rozczuliło, że wiadomo było, że ta czarna podpalana kulka musi być nasza. Kilka tygodni później, odebraliśmy Feję Mega Lutę Miłości, hovawartkę, która w naszym domu stała się Sarą. Osobiście chciałam nazwać nową koleżankę Motylek lub Tęcza, ale niestety, jako czterolatka nie miałam dość silnych argumentów na takie imiona wobec reszty rodziny.
Okazało się, że nie tylko wybraliśmy wymagającą rasę na pierwszego psa, to jeszcze nasza mała, słodka, ukąszona przez osę Sarunia, to diabeł wcielony. Dom? Zniszczony. Jedzenie? Prawdopodobnie już w żołądku Sary. Posłuszeństwo wobec opiekunów? Ona rządziła nami. Do teraz pamiętam wygląd drzwi balkonowych w domu, których szyba była mleczna, bo Sara tyle w nią drapała, gdy chciała wejść z powrotem do domu. Stolik kawowy w salonie miał całe rogi poobgryzane od czasu ząbkowania Sary. Byliśmy tak wytresowani z pilnowaniem jedzenia w jej obecności, że gdy jeździłam do koleżanek, nie mogłam zrozumieć dlaczego idąc do toalety nie kładą talerzy na najwyższej półce.
Złodziejstwo Sary było zresztą legendarne. Była cicha i szybka, a dodatkowo była świetną aktorką. Ona nigdy nie żebrała, to było poniżej jej godności. Leżała sobie spokojnie, udawała, że śpi, a tak naprawdę obserwowała nas jak sokół, wyczekując tej chwili, gdy nie patrzymy na jedzenie i wtedy dokonywała swoich ataków i pozbywała się dowodów w ułamku sekundy. Jej ofiarami były m.in. stos naleśników (pochłonięty w mniej niż 20 sekund), wielki indyk, którego ściągnęła ze szczytu lodówki czy pisanki z jajek na twardo (obrała je ze skorupki przed konsumpcją).
Kiedy zaczęłam chodzić do szkoły, łakomstwo Sary pozwoliło nam na stworzenie pewnej komitywy; gdy ja dostawałam do szkoły kanapki, które niekoniecznie odpowiadały mi smakowo, po powrocie do domu odkładałam plecak w swoim pokoju „przypadkiem” otwarty, a Sara gdy nikt się nią nie interesował, udawała się prosto do tornistra i wyżerała moje kanapki, a ja pozbywałam się dowodów. Niestety, kiedyś Sara postanowiła poszerzyć swoją paletę smakową i znalazła w moim tornistrze kolejne, dość nietypowe smakołyki. Któregoś dnia zauważyłam, że gdzieś zgubiła mi się niebieska kredka bambino, wcześniej zniknęły też czarna, brązowa, zielona i żółta. Tego samego dnia, tata wrócił ze spaceru z Sarą przerażony, bo „Sara zrobiła niebieską kupę”. Okazało się, że Sara rozsmakowała się w moich kredkach bambino, które na szczęście jej nie zaszkodziły, ale ja musiałam przerzucić się na drewniane kredki.
Moje układy z Sarą były wielopoziomowe. Kiedy z nami zamieszkała, mój dziadek (którego zresztą Sara absolutnie uwielbiała) postanowił sam zbudować dla niej budę. Dziadek naprawdę się postarał, buda była piękna, z ciemnego drewna, nawet zrobił udawaną dachówkę, światełko i wykroił ze sklejki biały napis „SARA”. Niestety, Sara weszła tam 2 razy i to byłoby na tyle. Głównym użytkownikiem budy zostałam ja (robiłam tam imprezy dla moich lalek), a dla Sary było to tak naturalne, że jak mnie szukali po ogrodzie, to ona szła sprawdzić, czy nie ma mnie w budzie.
Sara, którą teraz pamiętam głównie jako damę, która większość dnia spędzała na kanapie, była jednak w młodości kompletnie szalona i co najmniej średnio wychowana (pierwszy pies, co zrobić). Kiedy miała rok, może dwa, mama wzięła mnie i mojego brata na sanki, a Sara oczywiście poszła z nami na przygodę. Mama dość szybko pożałowała tej decyzji, ponieważ Sara, jako prawdziwy pies stróżujący, była przerażona widokiem nas zjeżdżających z górki z zawrotną prędkością; nie wiemy czy chciała nas gonić czy złapać, natomiast zaczęła pędzić za nami i próbować nas zatrzymać, co w oczach mojej mamy wyglądało tak, jakby miała nam zaraz odgryźć głowy, próbując złapać nasze czapki. Nie zapomniany był też nasz wspólny wyjazd na wakacje na Pojezierze Drawskie, nie mając wtedy jeszcze auta, przystosowanego do końca do przewożenia rodziny, bagażu i psa; Sara siedziała z nami na tylnym siedzeniu (nie było to bezpieczne, ale było to ponad 20 lat temu i aktualnie oczywiście wszystkie nasze psy jeżdżą w odpowiednich klatkach). Zrobiliśmy postój w lesie koło drogi, tata bardzo głupio puścił Sarę bez smyczy, bo była odwoływalna. Nie spodziewał się, że koleżanka postanowi coś przekąsić przed dalszą podróżą, a było to nic innego jak ludzki stolec. Czekało nas co najmniej 1,5 godziny drogi, latem, z ziejącym psem, który całą mordę miał w ludzkich fekaliach. Najlepsze wakacje ever.
Tata miał też z Sarą podejście do wystaw psów, które zwykle kończyły się mało zwycięsko, bo on nie wiedział jak wystawiać, a Sara nie chciała a bardzo z nim współpracować na tym polu. Same podróże na wystawy były wspaniałe i pamiętam je do dziś. Pamiętam też, jak raz tata przywiązał Sarę na chwilę do drzewa, bo chciał pójść po katalog, a ja i dziadek poszliśmy obejrzeć co się dzieje obok na ringu. W 2 minuty Sara uciekła, więc byliśmy przerażeni, ale dziadek (były nawigator lotniczy, co wiele wyjaśnia) dobrze wykombinował, gdzie nasza sunia mogła uciec- stoisko z bigosem i kiełbasami. Sara, mimo gwaru i kupy ludzi i psów, grzecznie siedziała przed garem bigosu i czekała, aż coś spadnie na ziemię albo miły pan z obsługi da jej troszkę do skosztowania; nie była zadowolona z powrotu do okolic ringu.
Kiedy miałam 8 lat, tata postanowił, że pora na kolejnego psa, tym razem samca, bo marzyła mu się hodowla. Wybór padł na austriackiego blondyna, Santka. Pamiętam, że ze względu na kwarantannę, musieliśmy czekać na niego dłużej, więc kiedy w końcu przyjechał, był dość wyrośnięty jak na szczeniaka. Pierwszy raz zobaczyliśmy go na parkingu szkolnym, gdy tata odebrał nas z nim z kolonii wakacyjnych i oczywiście zrobił furorę. Okazało się jednak dość szybko, że jego przeznaczeniem było bycie pantoflarzem swojej starszej koleżanki Sary, która szybko zrobiła z niego swojego giermka. Wychowywany zarówno przez nas (bogatszych o doświadczenia z Sarą), jak i Sarę, Santek raczej sprawiał mniej problemów w okresie młodzieńczym.
Problem z Santkiem okazał się być zupełnie inny. W wieku 2 lat, zachorował na sepsę; okazało się, że w trakcie spaceru musiał zahaczyć brzuchem o gałąź, skaleczył się, czego nie zauważyliśmy i niestety zakażona rana doprowadziła do sepsy. W pierwszej chwili większość weterynarzy mówiła, że trzeba go uśpić, ale tata się nie godził. W końcu jeden lekarz podjął się walki. Santek codziennie przebywał w klinice, otrzymując hektolitry kroplówek i antybiotyków; w tym samym czasie mieliśmy gorący okres rodzinny, ja i mój brat chodziliśmy do szkoły, tata w najgorszych dniach Santka musiał jechać do Olsztyna zdawać egzamin specjalizacyjny i mama została sama z nami, chorym psem i suczką w cieczce (tak, Sara miała cieczkę w tym czasie, a Santek mimo balansowania na granicy życia i śmierci, był gotowy nadal spełnić swój męski obowiązek). Santka udało się wyciągnąć z naprawdę krytycznego stanu, a co więcej, udało się to zrobić, tak, że zachował swoją skórę na brzuchu. Wymagało to ponad pół roku leczenia opatrunkami (sprowadzanymi ze Szwajcarii przez znajomego chirurga onkologicznego- ludzkiego tym razem), regularnego oczyszczania rany i chodzenia przez Santka w kołnierzu. Nie zapomnę widoku garażu z zapasem psich kołnierzy; Santek codziennie rozwalał co najmniej jeden, wiec mieliśmy ich na stanie ponad 100. Później była ciężka praca nad zbudowaniem na nowo zaufania Santka do ludzi, ale udało się. Całe to doświadczenie pokazało mi, że naprawdę psy nie są wymarzonym dodatkiem do życia rodzinnego, to są członkowie naszej rodziny w 100%.
Dlatego najczęściej gdy myślę o swoim dzieciństwie, chyba najbardziej beztroskimi momentami były dla mnie sobotnie poranki. Wstawałam wcześnie, przed innymi domownikami i schodziłam na dół do kuchni. U dołu schodów leżał Santek (zawsze na prosto, jak kłoda drewna), który obserwował jak schodzę i gdy zostawały mi ostatnie 3 schody, wstawał i witał się ze z mną merdającym ogonem. Dawałam mu buziaka w pysk, który oddawał mi pojedynczym liźnięciem w policzek. Potem szłam do salonu, gdzie kanapę zajmowała oczywiście Sara, wiec mościłam się koło niej, kładąc głowę na jej zadzie i tak leżałyśmy cały ranek, oglądając bajki, a Santek pilnował nas z podłogi.
I musze przyznać, że mimo trudności i problemów, które niewątpliwie pojawiły się w naszej przygodzie z tą rasą i naszymi psami, to oddałabym wszystkie pieniądze świata, żeby choć raz znowu przeżyć taki jeden idealny poranek z moimi kompanami z dzieciństwa.
Antonina Godlewska, przewodniczka Nadii Od Dobrych Ludzi